Cześć!
Opowiem Ci dzisiaj pewną historię związaną ze mną, pieczeniem i mascarpone. Mam nadzieję, ze Cie zaciekawi i znajdziesz w niej coś dla siebie, bo przy okazji jest wprowadzeniem do przepisu, który Ci dzisiaj podam :)
Mascarpone osobiście poznałam w listopadzie 2015 roku. Wcześniej wiele o nim słyszałam i zazwyczaj były to dobre rzeczy.
Wiele osób mówiło, że jest pyszny, ale w pozytywnym znaczeniu, a ja postanowiłam to sprawdzić od razu rzucając się na głęboką wodę.
Były to 25. urodziny mojego ukochanego, a ja chciałam zrobić mu przyjemność i upiekłam tort, ale nie byle jaki. Taki z mocno czekoladowym biszkoptem, dżemem z czarnej porzeczki i kremem z serka mascarpone i masła orzechowego. Wszystko było oblane polewą czekoladową, która tylko scaliła to niebanalne połączenie tak różnych smaków.
To wtedy nasza znajomość z mascarpone nabrała rozpędu, coraz chętniej dodawała go do różnych deserów. Później, w grudniu 2016 dołączyła do nas Czekolada, dzięki której powstał ten blog. Okazało się, że ona też lubi mascarpone, a przynajmniej tak mi się wydawało. Z biegiem czasu zauważyłam, że ich uczucie jest znacznie silniejsze nawet niż przyjaźń. On był w niej dość często, dawał jej całuski, na które przepis znajdziesz
TUTAJ, polewał sobą jej brownie, zobacz
TUTAJ, a teraz zobaczyłam, że do ich romansu doszły truskawki, więc ja też zechciałam to zrobić i tak powstał deser, którego wykonanie jest bajecznie proste i... przyjemne, chociaż odrobinę czasochłonne. Ale wybaczysz mu to, tak jak i ja to zrobiłam, gdy tylko skosztujesz tej błogiej przyjemności łączących się słodyczy przełamanych kwaskowatą nutką jogurtu naturalnego.
Nie zwlekaj więc i...